Samotny ryś


(fragmenty)

Ruszył zaraz po śniadaniu. W mały, skórzany plecaczek wrzucił dwie bułki i piwo. Obiecał wrócić przed kolacją. Dzień był pogodny i dobra widoczność. Nagłych zmian nie zapowiadano. Był dobrej myśli, szansa na zrealizowanie celu była ogromna. Rozpierała go radość życia, gdy tak wodził wzrokiem po okolicy. Wszystko kwitnie, wszystko dojrzewa. Pięknie zapowiadający się dzień napawał optymizmem. Otaczał go świat pełen subtelnych dźwięków i całego krocia barw. Z każdym krokiem wtapiał się bardziej w ten świat przyrody, zapominając o wszystkich zmartwieniach, jakich nie szczędziło mu życie. A ono nie zawsze było dla niego łaskawe. Raczej nie rozpieszczało. Lubiło dawać po grzbiecie. Przyjechał by odpocząć, najchętniej z dala od ludzi i aktywnie. Orawska spokojna wieś, ze swoja wyniosłą ?Królową? dawała takie możliwości.

Lubił podglądać przyrodę. Wrażliwy na jej piękno ? darzył ją szacunkiem. Nie skrzywdził nigdy żadnego zwierzęcia, ubolewał nad każdą niepotrzebnie złamaną gałęzią. Sam siebie uważał za jej część i tak jak wilka ciągnie do lasu, tak jego w plener. Kochał wiatr. Pozwalał mu na figle we własnej czuprynie. Zazdrościł wolności, niepodlegania upływowi czasu, niezależności od bogactwa portfela. Żałował, że go teraz przy nim nie ma, pofiglowaliby razem no i z takim niezależnym kompanem raźniej by się szło. Na swój sposób był trochę do niego podobny. Niesforny, uparty, niechętnie przestrzegł ustalonych zasad, a jak się dało, to w myśl sobie tylko wiadomej filozofii, pomijał je. Teraz też nie miał zamiaru korzystać z ustalonych szlaków. Był spod znaku ?raka? a ten podobno do tyłu chodzi. On też był dość oryginalnym człowiekiem. Nazbyt często jego punkt widzenia nie pokrywał się z widzeniem innych. Cenił niezależność, lubił własne ścieżki.

Zanosiło się na upał. Słońce grzało zdecydowanie już od wczesnych godzin. Na spokojnym szarobłękitnym niebie nie było chmur. Drzewa stały cichutkie, wolne od wiatru. Delikatnie, prawie niepostrzeżenie, drżał tylko polny mak, kłaniając się wędrowcowi swoją uroczą czerwoną główką. Pachniało sianem. Lubił zapach wsi. Urodził się na jednej z nich na Podlasiu i mieszkał tam do czternastego roku życia. Potem szkolny internat, służba wojskowa, pierwsza praca w Warszawie. Na wieś już nie powrócił. Ożenił się i osiadł w jednym z miasteczek centralnej polski.


... Na tej ścieżce nie ma turystów, bo nie ma żadnego oficjalnego szlaku. Ledwie rozpoznać można miejsce dawnej zrywki. Cieszył się z samotności. Dziko i ta cisza, to było to, czego właśnie potrzebował. Czasem tylko zakrzyczał ptak. Ostro, fragmentami nawet bardzo ostro trzeba iść w górę, ale na razie był zadowolony. Jego ciemna nakrapiana wzorkiem koszulka i sportowe spodnie doskonale wtapiały się w tło leśnego zbocza. Malutki, podręczny plecak nie przeszkadzał zupełnie. Właściwie dobrane buty miały dobrą relację z podłożem.


...Las wygląda tak, jakby stoczył ciężką walkę i znieruchomiał. W tym nieuporządkowanym, upiornym i cichym świecie, hałas robi tylko człowiek. Myślał o nim podziwiając jego dzikie piękno. Starał się posuwać jak najciszej. Kiedy szedł miał wrażenie, że las idzie razem z nim, kiedy przystanął wszystko nieruchomiało w przypadkowych pozach.


...Ściana kosówki. Zrazu nie taka gęsta, ale nie da się po tym iść. Coraz jej więcej. Pewnie niedaleko szczyt. Wiedział ,że będzie musiał przejść przez kosodrzewinę, nie wyobrażał sobie jednak, że będzie to tak wyglądało. Miała mu to umożliwić jakaś stara ścieżka. Tylko gdzie ona. Miał nadzieję, że ten odcinek, choć na pewno trudny, będzie krótki. Nie da się w to wejść, chyba że po wierzchu po gałęziach. Spróbował. Może coś się wreszcie odsłoni, może da się zorientować jak daleko jeszcze. Cholera. Nie dość, że wielkie te krzaczyska to jeszcze żywiczne. Walczył z nimi uporczywie. Polepione ręce, polepione włosy, Paskudny upał i jeszcze gorsze muchy. Tutaj dopiero dawały popis. Naginał gałęzie, podkładał pod but, stawał na nich i trzymając się tych co wyżej, piął do góry. Z muchami przegrał, musiał je tolerować. A one właziły do ust, do nosa, do oczu, obsiadały ręce. Mógł tylko kręcić głową, dłonie potrzebne mu były do wspinaczki. Zwrócić ? nie, chyba nie, może zaraz będzie lepiej. Był już zmęczony, bardzo zmęczony i nie bardzo wiedział jak ma odpocząć. Nie da się odpoczywać wisząc na gałęzi. Trzeba znaleźć jakieś lepsze miejsce. Próbował się rozejrzeć. Nad głową miał potężny głaz.


...Znowu ogromny kamień, jakby fragment czegoś większego. Znowu musi zboczyć by ominąć. Nie bardzo potrafił kląć, ale teraz przyszło mu do głowy to najbardziej wulgarne. Gdyby pomogło mógłby nawet spróbować. Już nie wie ile razy zbaczał nie idąc wprost pod górę, bo taka była konieczność. Zielona ściana nie zamierzała ustąpić...


...Granice ryzyka były jego specjalnością...