Pomarańczowy śnieg


(fragmenty)

Już blisko dwa lata noszę w sobie pewien niepokój, niepokój zabarwiony pomarańczowo, a to za sprawą zdarzeń, które miały miejsce w pierwszych dniach marca 2002 roku. Musiałam dojrzeć, ułożyć to w sobie, przemyśleć, bo uciec od tego było niemożliwe, jak niemożliwe jest uciec od przeznaczenia, splotu wydarzeń zapisanych gdzieś u Boga. Rączka dziecka z dalekiej Orawy, miała naznaczyć wydarzenia, zarumienić barwą, odcisnąć pieczęć na tamtych i następnych dniach. Nie uciekłam od pomarańczowego śniegu, gonił mnie swoją radością, nadzieją, ścigał wpleciony w szarą codzienność, gniótł wspomnieniem tym bolesnym i tym radosnym, aż doczekał się zrzucenia na kartki.

...Trudna rzeczywistość szpitalna nastrajała pesymistycznie. Modlitwa księdza odwiedzającego chorych każdego ranka jeszcze przed śniadaniem, przypominała o końcu każdego, o bliskości jego...

...Zeszłam do szpitalnej kaplicy...

Tej niedzieli, leciwy kapłan, polecał Bogu w modlitwie, przypadek ciężki choć nie jedyny, w tym tak ogromnym szpitalu o wielu oddziałach. Na onkologii umierała dziewczyna, młoda i zdolna, będąca studentką ostatniego roku tutejszej uczelni...

...Całą noc myślałam, która to może być, czy znam?, powinnam znać. Na pewno znam.

...Wstający świt rodził dzień marcowy.

Zadziwiły mnie drzewa. Jeszcze bez liści ukazywały swoje kształty bardzo wyraziste, faktyczne. W różnorodności ich form, doszukać się można wielu ciekawych losów każdego z nich. Odkryte z liścianych woalek, pokazują całą prawdę. To Kasia, moja niezwykle wrażliwa na przyrodę córka, nauczyła mnie patrzeć na ich piękną nagość. Patrząc jej oczami odkrywam, że dzika grusza ma naprawdę szorstki grzbiet i czai się do skoku jak leśny zwierz. Wierzba, to silna ręka wyrosła z miedzy, witająca się otwartą dłonią z niebem, wiatrem, przechodniem. Tutejsze brzozy, jak zawstydzone dziewice, drżą lekko pobladłe lękiem, chowając się za wiecznie zielone szlafroki świerków. Dęby, dumne i barczyste, silnymi ramionami dawały do zrozumienia, kto tu ma rację. Stabilne i solidne jak dom. Jak szczęśliwy, pełen miłości i zgody dom. Jak bezpieczne schronienie. Jakże nie kochać drzew, ludzkich braci. Każde z nich inne, nawet według tego samego gatunku. Jak ludzkie istoty, gdzie każda niepowtarzalna. Patrzę jak wiatr zbratał się z jesionem. Pewnie w jego dziupli sypiał. Siedzi teraz na czubie tego wielkoluda i huśta jego gałęziami. Tamto drzewo w dali, garbate jakby dźwigało krzyż swojej niedoli. Samotne i pochylone, musiało być nadłamane. Kostropate. Podnoszę wzrok. Tuż za parkingiem, młode jarzębinki w oczekiwaniu na swoje pierwsze korale, stoją wzdłuż alei, pilnowane przez uliczne latarnie, Zupełnie jakby miały przyjąć komunię świętą. Grzecznie i w rządku, cichutkie i skromne, wpatrują się w ołtarz ulicy. Ile wdzięku jest w drzewach pozbawionych letniej szaty. Ile prawd o nich może odczytać wrażliwe oko. Czasem czai się pod nimi groza, czasem wymowny grymas, zawstydzenie, choroba. O tej porze roku, nim wybuchnie i skryje szczegóły zieloność, podziwiać można ich siłę, piękno kory, kształty koron, lub litować się nad spróchniałą dziurą, skarleniem, boleć nad rakowymi guzami. Dziękuję swojemu dziecku, iż nauczyło mnie z nimi rozmawiać, podziwiać je, interesować się ich losem, urodą upodobaniami. A może to ja kiedyś nauczyłam ją? Nie ważne kto kogo, ważne, że obie kochamy przyrodę, a drzewa w sposób szczególny. Buk na przykład sięga źródeł. Z nich czerpie potęgę życia. Jego ramiona wołają do niebios o nową wodę. Piękny i gładki, chciałoby się przytulić. Owinąć sobą jego pień. W bezlistnych krzakach jest jakaś skarga. Obnażone niewiele mają do pokazania. Ich cienkie witki z łatwością wygina wiatr i łamie byle zwierz. Kłujące i rozczapierzone nie zachęcają do zbliżenia. Na krzyk ptaka unoszę wzrok do góry. Widzę go. Bezlistne konary nawet starych i grubych drzew, nie mogą już nic ukryć. Te dumne koroną, biją w niebo zwycięsko i jest w nich wielka siła, zdrowe piękno. Są nagie. To akt.

...Zabrzęczały kubki z herbatą. Oderwana zza okna wracam do koszmaru śniadań w łóżku. Dzień z tej strony szyby, wlókł się ciężkim oparem moczu chorej z sąsiedniego łóżka.

...Po południu chwila radości . Mąż przyniósł do szpitala moją korespondencję.

...Otwieram...

...Temat orawskiej zimy pokrył moje szpitalne łóżko...

Każdy obrazek inny i inaczej ujmuje temat... Wyciągam następny karton. Zaskoczenie. Nie mogę oderwać oczu. Tyle radości zamkniętej w formacie A-4. Z jasnożółtej chmury pada pomarańczowy śnieg. Napadało go już całe góry. Pomarańczowego! Rudobrązowe sanki i czerwone skafandry dzieci zjeżdżających z góry jak ze sterty cytrusów. Różne odcienie tej samej barwy odnaleźć można w szalikach i czapkach bawiących się dzieci. I bałwan jest taki słoneczny. Ma ogromny pomarańczowy nos i czerwone uszy. Na grzbiecie rozbawionego psa są pomarańczowe gwiazdki. Co za historia opowiadana barwami radości... Długie ślady nart, zabarwione jasnym fioletem odcinają się od śniegu tworząc tor. I ten śnieg, wszędzie padający śnieg, nadzwyczajny.

...Może tam w Lipnicy naprawdę pada pomarańczowy śnieg ?... Niczego nam tu tak nie potrzeba jak optymizmu i skłaniania się ku radości życia. Pan Piotr z naprzeciwka opowiada jak był w górach, uczył się jeździć na nartach, ile razy potłukł tyłek nim załapał o co w tym wszystkim chodzi. Ktoś inny opowiada jak zgubił szlak i błądził, aż zastała go noc. Siostra oddziałowa jeździ w góry do znajomych, ale nigdy nie widziała pomarańczowego śniegu. Po prostu albo nie miała szczęścia, albo nie trafiła na Orawę.

Nazajutrz wycie karetki postawiło większość oddziału na nogi. Może to znowu do nas. Nie...

Myślę o dziewczynie z onkologii. Miedzy pobieraniem krwi a mierzeniem ciśnienia, obiecuję sobie wpaść do niej.

To nie była łatwa wizyta.

...Poznaje. Ukrywam łzy. Staram się uśmiechać. Popatrz mówię. Przyniosłam ci coś. Obrazek. Święty? - pyta . Nie, nie święty, ale wyjątkowy. ...

... Zaciekawiona opowieścią z obrazka, zanurzona w poduszkach, pomału wchodziła w świat znacznie młodszej imienniczki. Studiowała na Wydziale Humanistycznym i rysunek dziecka był dla jej przyszłego zawodu, swoistego rodzaju zagadką psychologiczną.

...Moja wystawa nadal budzi zainteresowanie, choć uszczuplona o ten jeden obrazek.

...Do Anny wróciłam po kolacji. Rysunek leżał na poduszce, tuż obok twarzy dziewczyny. Poopowiadaj jeszcze ? szepnęła. Wydawało mi się, że cofa się w czasie, utożsamiając z dzieckiem z obrazka. Jej dłonie mięły róg kołdry, jakby lepiły kule. Pomarańczowe szeptała, pomarańczowe...