Oblicza zwycięstwa


(fragmenty)

....Tylko stary człowiek z psem, wśród garbatych jabłoni i zdziczałych wiśni, kuśtykając przy trzeszczących żerdziach, obchodził samotnie swój sad, przemawiając do drzew jak do ludzi. Dziś Franki i Józki, zaniedbane i chore, zrakowaciałe guzami na korowej skórze, skulone starością schły. Zgniły oddech zielska i zarzyganych listopadem liści, nie zebranych, przerośniętych chwastem gałęzi, sprawił, iż dumny niegdyś urodą i plonem sad, stał się przykrym cmentarzyskiem będących w rozkładzie, niewydarzonych owoców. Nawet muchy opuściły to miejsce, bojąc się mokrego zimna.

Mucyk, na wpół ślepe, wychudzone kundlisko, kręcąc się w kółko w oszalałym tańcu, co chwilę wył i wył, jakby nie chciał, zewsząd ciągnącej nocy, wpuścić do zagrody. Macała go już po grzbiecie, najwyraźniej sprawiając ból. Jakąś złą wróżbę niosła lepka ciemność i drzewa składając skostniałe ręce, przepraszały Boga, iż rodziły kiedyś pokusę. Samotny pies, ich wierny stróż, już nie wytrzymał. Jakby pchnięty gwałtownym, potężnym kopniakiem, wyrwał wściekłym pędem poprzez żerdzie, odciskając w błocie, pieczęcie starych łap.

...Tej nocy z niewyjaśnionych dotąd przyczyn, spłonął drewniany dom świętej pamięci Karwińskich. Ogień nie oszczędził sadu. Sterta niedopalonych skrzynek, syczała żałobnie w wilgoci rodzącego się ranka. Osmoloną czernią straszyły resztki żerdziowego ogrodzenia.

...Na ratusz przy rynku głównym, wciągnięto biało-czerwoną flagę. Żołnierze z miejscowego garnizonu, wystawili wartę przy kamiennym pomniku Zwycięstwa. Trzykrotnie zadrżały witraże szyb, w reakcji na odgłos armatniej salwy. Na zamiejski cmentarz, w milczącym szeregu, ruszyli harcerze złożyć kwiaty tym, co w wiecznej pamięci trwać będą. Blade oczy chryzantem niesionego wieńca, pierwsze stanęły w kole chore na wytrzeszcz, tuż za bramą, nim szereg zrozumiał co się stało. Na dłuższą chwilę znieruchomiała szarozielona kolumna a kilkanaścioro młodych par oczu, wpatrywało się w ten sam szczegół przy głównej alejce. Ubłocone, martwe cielsko dużego psa z wyciągniętymi przed siebie łapami, z pyskiem w dole świeżo rozgrzebanego grobu, przerażało widokiem. Ziemia wygarnięta poza cementowe obramowanie ubogiej mogiły, znaczną kupką zagradzała przejście. Martwy, skudlony ogon, sterczał jak zdarta zamiataniem, wiklinowa miotła, w niczym nie przypominając ofiarnego bukietu, choćby najskromniejszych kwiatów. Łapy dogrzebały się sosnowej deski i spokojny już psi pysk, zastygł w cichym szczęściu. Pozwolono mu tak zostać. Psia wierność doczekała się pochówku z panem i odtąd obaj przyjmować będą listopadowe światło pamięci.

...Tymczasem topniał śnieg.

... Gdzieś była tu furtka - woła Grześ odgarniając gałęzie. Jako przyszły inżynier zainteresował się oberwanym zaczepem. Nie na długo. Nie był tu sam. Wraz ze swoją dziewczyną przyjechał odwiedzić dawną posiadłość dziadka. Nic nie wiedział, że spłonęła.

Gdzie może być Mucyk ? przemknęło Grzesiowi przez myśl, ale śladów psa próżno szukać. Zresztą jest Kasia, która nie wie, że rządził tym miejscem przez długie lata wiernie i z oddaniem, a ona, ta dziewczyna absorbuje w tej chwili tak mocno, że nic innego nie jest ważne. Jak tu się zmieniło. Jak pięknie rudym włosom w bzach...

...Tu chyba był kiedyś raj szepcze dziewczyna, a wiatr pieści jej ciało gotowe do grzechu...