Manna


(fragment)

...W szarości kończącego się dnia, nie było pozornie nic interesującego. Śnieg już wybrzydł. Posolony i rozjeżdżony stracił i urok i czystość. Jako niepotrzebna niewygoda, walał się zepchnięty na brzeg chodnika, czekając na wywiezienie lub roztopy. Jego guzowate piramidy, podsiąkłe od soli, puszczały brunatne łzy mimo ujemnej temperatury. Najwięcej słonych kałuż tworzyło się na jezdni tuż przy krawężniku. Chlapały nimi autobusy zjeżdżające z pasa do zatoczki. Całe to solno-piaskowe błoto, wnosili pasażerowie na butach, w ich wypchane godziną szczytu wnętrza.

Pisk opon i krzyk. Szarpnięcie automatycznych drzwi i krzyk. Syk i drzwi rozwarły się na powrót. Ktoś pomagając sobie kolanem, wepchnął zniszczoną ?reklamówkę? w przepełnioną już paszczę numeru trzydzieści trzy. Czyjeś ręce popchnęły przycięte ramię i drzwi sycząc zwarły się z powrotem. Koła przemieliły to co było pod nimi i wolno, ociężale autobus wysuwał się z zatoczki. Jego przysadzisty ?kuper?, ślizgał się to w jedną to w drugą stronę, trzeszcząc niemiłosiernie w przegubach. Podygotał jeszcze, podygotał i znikł w ruchu kolejnych, podobnych do siebie przewoźników, jakby nigdy nic tu się nie wydarzyło i to za jego przyczyną...