Jędrusiowy sen


Dzień przeciągał się jeszcze, drocząc przez chwilę z panem ciemności, aż jego półsierp ustąpił, oddając nieboskłon gorączce dnia. Słońce zaprzyjaźnione z lipcem, rozlało się na pobliskie pola, obdarowując hojnie blaskiem wszystko, co na nich rosło. Zaszczyciło ziemię po błękit horyzontu, ciemną plamę lasu, pod nim ogromny łan kukurydzy, co jak wojsko stała sztywno w ścisłych szeregach, broniąc dostępu do tego, co najbardziej przyciągało wzrok. Ta wojskowa zieleń drzew i kukurydzianego pola, ich sztywna okalająca postawa wobec miododajnego poletka zamkniętego w ich półkręgu, dawała poczucie bezpieczeństwa, była przystanią, ukrytą przed całym światem oazą spokoju i piękna. Lśniąca rosa ginęła pod liściem, oddając swą perłę gorącemu tchnieniu wiatru. Tu złoto sypało się na ziemię, opadało na liście, zostawało na dłoniach. Roje pszczół i innych owadów pracowały zawzięcie, nie zwracając uwagi na obserwatora. To tu słońce skierowało swój wzrok i ramiona, gdzie rzepak zakwitł jak nigdy. Wrażliwy na osypywanie, nie żałował barwy, roztrząsając co w nadmiarze miał. Czas na zbiór. Wiedziały o tym owady i kłócąc się, przepychały nawzajem, kradnąc sobie co się da. Słychać już warkot maszyn. Za chwilę zniszczą urodę pola, by tą kapustną roślinę wykorzystać mógł człowiek. Najczęściej jako jadalny olej. Z niego jest też margaryna. W przemyśle rzepak wykorzystywany bywa do produkcji pokostu i paliwa napędzającego silniki wysokoprężne. Jako śruta poekstrakcyjna otrzymana po wytłoczeniu oleju, jest cenną, wysokobiałkową paszą dla zwierząt. Słoma może być opałem. Teraz jednak pole żyło bzykiem, łopotem, krzykiem, mieszaniną tych dźwięków i pieśń ta radowała serce Andrzeja. Muzyka pełnego lata, niesiona wiatrem i pomnażana ptasią radością, wlewała się w szczęśliwą duszę mężczyzny. Brał w silne, męskie dłonie kwiaty zebrane w grono, znacznie dłuższe od liści, a te sinozielone, pokryte woskiem, dawały jakże cudne tło żółci kwiatostanu. Owoc to łuszczyna z nasionami, a w nich od 45 do 47 procent tłuszczu. Ziemia kryła korzeń palowy do dwóch metrów długi. Sama naziemna część sięgała powyżej kolan, czasem aż po biodra. Żółć sypała się na buty, spodnie i radowała jak ziszczone dziecięce marzenie. Dziś Andrzej wie, co to rzepak i nie ma już on dla niego tajemnic. Ale nie o rzepak tu chodzi, nie o rzepak! Choć przez długie dziecięce lata śnił o niedostępnym, złotym polu. Dziś, dumny mieszkaniec Gdańska, marynarz pływający po morzach i oceanach świata, dojrzał na tyle, by odzyskać i prześnić na nowo swój sen. Prześnić do końca, do dna, a raczej do dachu nowej daczy. Kupił łan, przepłacając mocno i choć z wielkim żalem... to czeka na usunięcie zbioru. Poprzedni właściciel ma oczyścić pole w ciągu tygodnia. Przyszedł patrzeć jak znika, dotknąć jeszcze raz, powąchać, posmakować, nasycić widokiem, barwą. Tak, jest właścicielem! Ma dla siebie ten skrawek świata, za którym tęsknił co noc, będąc chłopcem. Kupił pole w okresie kwitnienia, takie samo jak tamto. Syn już zrozumiał upór ojca. Zna historię. Wnuczek Pawełek, stojący obok, ma włosy jak ojciec i dziadek, jasne i złotawe, niczym pole rzepaku w słońcu. Niewiele rozumie z zachwytów dziadka i ma już dzisiaj zupełnie inne sny...

Daleko na ukraińskiej wsi, pięć a może sześć dziesiątek lat temu, urodził się w polskiej rodzinie mały chłopiec. Był najmłodszym dzieckiem z rodzeństwa i jedynym chłopczykiem. Ojciec zginął z rąk ukraińskich rozbójników, wracając z targu, nim malec zaczął go rozpoznawać. Ograbionego i zmasakrowanego znaleziono go w samo południe w przydrożnym rowie. Już nie żył. Był prawie nagi i nie miał ani dokumentów, ani pieniędzy, ani żadnej rzeczy kupionej na targu. Ślad przepadł po wozie i młodym koniu. Mały Andrzejek, nazywany przez siostry Jędrusiem, nie pamiętał więc ojca. W domu nastała bieda. Młoda jeszcze wdowa, nie radziła sobie z wychowaniem piątki dzieci. Pracowała w fabryce porcelany i na wiele godzin wychodziła z domu. Do fabryki miała ponad osiem kilometrów i chodziła pieszo. Latem to jeszcze jakoś było. Często ktoś podwiózł. Ale zimą bywało bardzo trudno. Jej drobne dłonie przez wiele godzin codziennie malowały piękny wzór i nie mogły przemarzać. Córki musiały pilnować się same, Jędrusia zabrała do siebie babcia i wywiozła dość daleko od matki i sióstr.

Leontyna pracowała w kołchozie. Były to przedsiębiorstwa rolnicze powstałe w wyniku przymusowego przejęcia ziemi. Ludzie pozbawieni własności ziemskiej nie mieli już nic. Ona też nie miała już co sprzedawać. Ciężka fizyczna praca powoli odbierała jej zdrowie. Najgorzej bywało jak nadchodziła słota. Przedwcześnie zestarzała, cierpiała na reumatyzm, skrzywiony kręgosłup wypychał jedno ramię do góry. Zimno i mokro było jej największym wrogiem. Ból bywał wtedy nie do wytrzymania. Gorszy był od głodu. A odżywiała się źle. Jak wszyscy, no prawie wszyscy. Głód był w większości wiejskich chałup, a tak zwane ?władze? nie pozwalały zbierać z pola pozostałych po żniwach kłosów ani ziemniaków, tu i ówdzie pozostawionych i gnijących na polu. Pod osłoną nocy czy deszczu podkradała, grzebiąc gołymi rękami w ziemi, by namacać i zabrać choć dwa, trzy kartofle, bądź zwiędłą marchew, bo córka miała dużo dzieci. Inni robili tak samo. Rarytasem była kolba kukurydzy. Kara była okrutna, donosicielstwo kwitło. Nie daj Panie Boże, żeby ktoś zobaczył. Za ten czyn groziło więzienie. Batiuszka z odległej cerkwi rozumiał biedę i rozgrzeszał matki i babki za te zakazane czyny. Był sprzymierzeńcem i pocieszycielem. Garnęli się do niego wszyscy biedni, a on dawał im Boga i nadzieję. Marzeniem Leontyny było, by jej wnuczek Jędruś został kiedyś kapłanem, polskim księdzem w polskim kościele. O ho, ho! A cóż to za marzenie... Gdzie szukać polskiego kościoła, chyba w Polsce! Do cerkwi też daleko a dzieciak z mału był chorowity. To głównie dla niego kradła kłosy i kartofle. Gotowała kartoflankę, zaklepując mąką i dolewając ciut mleka. Jędruś jadł do syta, potem mogły pożywić się jego starsze siostry jak u matki nie było już nic. Przywożono je do babci na jakiś czas, kiedy już wdowa nie dawała sobie rady. Zgarbiona babcia Leosia jadała na końcu, jeżeli jeszcze coś zostało. Kawałek słoniny bywał od wielkiego święta. Jędruś był jej oczkiem w głowie, dla niego starczyć musiało. Najmłodsze dzieci w innych rodzinach umierały z głodu, bo starsze zjadały wszystko, a i tak głodowały. Pewnie chodziło o to w tej polityce, by wyniszczyć polskie rodziny. Jędruś, dzięki miłości babci, był szczęściarzem. To ona karmiła, gładziła blond czuprynkę i nauczała pacierza i po polsku i po ukraińsku. W domu zawsze po polsku, na drodze i w szkole zawsze po ukraińsku. To były pierwsze lekcje dla dzieci z polskich rodzin. Jędruś był zdolny i posłuszny. Babkę Leosię traktował jak matkę. Mijały pracowite lata i głodne zimy. Kiedyś babcia wybrała się na pogrzeb swojego brata Izydora. Była już stara i podpierała się kijem. Jej sztywne ręce co raz upuszczały kosturek i chłopiec zrozumiał, że musi jej pomagać. Już był na tyle duży, by pojąć, iż na babcię Leosię długo liczyć nie może. Na matkę też nie bardzo, bo miała nowego męża i nowe dziecko. Było tam biednie i ciasno. Rozpamiętywanie chłopaka przerwał nagle cichy jęk. Jędrek pamiętał, iż jechali furmanką bardzo długo. Woźnica, daleki ich kuzyn, zjechał na bok i zatrzymał konia. Leontyna nakazała wnukowi przysunąć się bliżej. Zakreśliła kijem tajemnicze koło i kazała popatrzeć chłopcu w stronę, którą wskazywał. Aż przymrużył oczy. Co to jest ta żółta rzeka? To nie rzeka, to pole tylko nie wiem z czym. Nie to jest jednak ważne. Ważne, że tam gdzie ono jest i gdzie widać tamte domy, to już Polska, Polska! Mówiłam ci przecież, że Izydor mieszka blisko Polski! Chłopiec nigdy nie widział takiego pola. Znał ziemniaczane i te z ogromną kukurydzą, w której to się wychował, gubiąc się babce nieraz. Znał pola z marchwią i słonecznikiem. Gdybyśmy byli tam, a jeden z tych domów był nasz, wyszeptała babcia, jakże inaczej mogłoby wyglądać nasze życie. Ale jak - pytał rozpalony Jak? Tam nie ma takiego głodu, tam mówią po polsku głośno i śpiewają głośno w tej naszej mowie. My są przecież Polacy, Polacyyy - ze łzami szeptała babka. Polacy, rozumiesz Andrzeju. Po raz pierwszy tak nazwała wnuka, a on poczuł się dorosły. No, niby wiedział kim jest, ale wymiar tych słów od tej chwili był już inny. Polakiem, jestem Polakiem, a Polska jest tam, gdzie żółte pole, łopotało w skroni odciskając ślad.

Odeszła Leontyna cicho i spokojnie następnego lata. W ten dzień duszny i z rozognionym słońcem, wrzucono do grobu trumienne deski, aż kurz wybił w niebo wyżej żałobnej pieśni. Zostawiła wnuka na łasce i niełasce losu. Wstydził się płakać. Skulił się, zabijając w sobie resztkę dziecka. Wiedział, że teraz będzie bardzo trudno. Chłopiec nie wrócił do matki. Jego najstarsza, już dorosła siostra Jadzia zamieszkała z nim, ustępując miejsca powiększającej się rodzinie. Andrzej rwał się do nauki, marząc o Polsce. Pole, żółte pole, pole pełne złotej magii, za granicą niedostępnego szczęścia, mowy dźwięcznej, którą znał od kołyski, pole tamto, prześladowało go, dając napęd do działania.

Mijał czas. Zawirowania w świecie i w polityce, nie poprawiały jego losu. Ale był czujny. Słuchał, sprawdzał, czytał, analizował, uczył się i z uporem dążył do wyrwania się z kołchoźnej wsi. Był szczęściarzem. Miał znakomite wyniki w sporcie i za jego przyczyną, coraz dalej i coraz śmielej uciekał z babcinego domu. Matka, prawie nieobecna, albo wiecznie pochylona nad tarą, nie miała dla niego czasu i mało co o nim wiedziała. Ojczym przyznawał się do polskich korzeni i w domu, przy swoich, obowiązywał język ojczysty. Codzienne, wieczorne długie pacierze kazali rodzice mówić głośno i nie tolerowali złej wymowy. Siostry mówiły więc dobrą polszczyzną, a Jadzia kontynuowała domowe nawyki, ćwicząc brata. W szkole nauka przychodziła chłopcu z łatwością i mimo często pustego brzucha, dawał sobie radę. Próbował zarabiać, zbierając grzyby. Czepiał się wszystkiego, byleby mieć kawałek chleba. Wyrastał jednak w kraju, którego nie chciał uznawać za swój, choć kochał te rozległe, ongiś polskie, ciągnące się kilometrami pola. Ludzi, którzy z jego rodziną dzielili los, żyjąc i pracując obok, obdartych chłopaków, których nazywał przyjaciółmi, choć nie mógł z nimi rozmawiać po polsku.

Dorósł i stanął przed wyborem życiowej drogi. Łaskawy los znowu dał mu szansę. Trochę dopomógł były nauczyciel i trener. Talent do piłki okrągłej jak ziemska kula, dopomógł ziścić się snom. Potoczył los w bardzo dobrym kierunku, a determinacja, z jaką poświęcał się przy każdym życiowym zadaniu, otwierała kolejne drzwi. Przyszedł taki dobry, choć niezmiernie trudny i pracowity czas, że Andrzej mógł opuścić swoją wieś. Wyjechał i nie zamierzał wracać. Został studentem Szkoły Morskiej w Kaliningradzie.