Dziewczyny Jacka


Nadciągała noc. Jej długie spiczaste cienie wślizgiwały się w miasto, zajmując najpierw park a potem kolejne podwórka, wnęki balkonowe, zakamarki, wiaty, przystanki, by wreszcie zdecydować się na zajęcie całych ulic. Zrazu tych mniejszych, bocznych czy skrajnych, gdzie niejedna pochylona latarnia skrzypiała strasząc przechodnia, a reklamy nie wepchały się jeszcze tak bezczelnie jak gdzie indziej. Potem te większe, bardziej rozbuchane kolorem neonów, bilbordów, tudzież innych informacyjnych świecideł, aż zdecydowała się wejść na główne. Tu była odganiana imponująco. Tyle świateł przeciwko niej, tyle informacji kolorowej, roznegliżowanych wystaw, podświetleń, iż nie bardzo wiedziała gdzie swój cień ma posłać. Przeciwko niej, w przyzwoitym blasku eleganckich latarni, ulice z historią Polski w tle i jej wielkimi przedstawicielami jak: marszałek Piłsudski, pułkownik Kiliński, biskup Świrski, nawet Berek Joselewicz radził sobie z jej czarnym ogonem a cóż dopiero duże wylotowe takie jak: Warszawska, Brzeska, Sokołowska czy Starowiejska. Jednak dzięki, a może na skutek jej posłannictwa, miasto o określonej porze, całe stawało się nocne. Katedra Najświętszej Panienki w jego centrum biła gotykiem w niebo dopóty, dopóki korona Królowej wyraźnie nie zajaśniała na jego wyżynach. Dworce i centra handlowe oślepiały ją, jedynie osiedla, zwłaszcza te mniejsze, zadrzewione, czasem pozwalały na drzemkę na opustoszałych przez dzieci placach zabaw. Teraz jednak miała być wyjątkowa, bo sprzymierzona z księżycem, który to akurat w nowiu był. A to niekoniecznie tłumaczyło niejedno dziwne wydarzenie, jakie odchodzący dzień zaznaczył w swoim sprawozdaniu. Spóźniały się pociągi, psuły autobusy, wypadek za wypadkiem, a najgorsze, że zegar na ratuszu urwał swoją melodię. Zwłaszcza bez południowego poloneza to miasto było nijakie. Wąsate wskazówki nie myślały drgnąć, ginęły ważne klucze, schody na wieżę ratusza skrzypiały ochryple, chociaż nikt po nich nie chodził. Urzędnicy odpowiedzialni za miasto ulegli sennej pokusie i pozostawili kochane Siedlce i jego sprawy samemu sobie na długie godziny. Nocne powietrze drgało dziwnie, niebo powoli zaciągały chmury, żadna ptaszyna śpiewać nie chciała, gwiazdy jedna za drugą opuszczały stanowiska i swawolne, prastare licho tłukło się w ulicach. Jakiś niepokój zawisł między niebem a ziemią. Ta przestrzeń zdawała się żyć, unosić, opadać. Cienie tłukły się, skomliły, wibrowały, obracały, opadały to wznosiły, rwały się, to milkły, by znów narastać niepokojem. I stało się, co się widocznie miało stać. Jejmość Aleksandra księżna Ogińska zechciała rozprostować kości i uciąć sobie nocny spacer ulicami, bądź co bądź swojego niegdyś miasta. Ona też miała wrażenie, że coś jest nie tak. Jej przypałacowy park jakoś dziwnie rozchwiany, jej pokaźna siedziba, co prawda drzemała spokojnie wsparta kolumnami, ale Kościuszko, tak generał wyraźnie coś miał do powiedzenia. Jęknęły z wyrzutem drzwi kaplicy, a pani i tak zrobiła co chciała. Nie czekając na orszak ruszyła spiesznie ku zabytkowemu centrum. Jej chuda, koścista postać mijała właśnie miejską bramę a wzrok penetrował okolice Starego Kościoła, we wnętrzu którego, ma Sapieżyna Ogińska z wielkiego rodu Czartoryskich, swoje odwieczne miejsce złotym monogramem oznakowane. O tej porze milczący, przysiadły w modlitewnej ciszy, za zamkniętymi drzwiami chował swoje ołtarze. Minęła go pozdrawiając Boga na niebiosach i patrona tegoż duchownego przybytku, Świętego Stanisława. Wyprężył się Kościuszko i zasalutował, pokazując coś przez lewe ramię, gdzie za jego plecami, ratusza cień rozpłaszczał się, wyraźne coś chowając. Oplotła budowlę wzrokiem odgarniając siwe włosy opadłe w nieładzie na kołnierz płaszcza. Jej surowa twarz uwydatniła zaciętość wyrazu. Nie była pewna co widzi, a może raczej kogo. No i gdzie ten nicpoń Jacek? Z wyrzutem ale i niepokojem wspomniała swojego koniuszego, którego to okazała aparycja wzbudzała zainteresowanie niejednej dworki. Ona też lubiła na niego patrzeć i często powierzała mu zadania wymyślne i miłe jej samej. On zaś stawał na ich wysokości, zwykle spisując się znakomicie, bo Pani ma upodobanie i każdą czynność wykonać trzeba ku jej chwale i zadowoleniu. A silny był wyjątkowo, mawiali o nim mocarny i potrafił wiele. Teraz jednak, oprócz niepokoju, narastał w niej gniew. Przyspieszyła, by natychmiast stanąć zdumiona w pół kroku. Na niebie, tuż nad ratuszem, złota kula utkwiła między burymi chmurami, wpasowana w chudy sierp księżyca podobny nieco do zużytej podkowy. Ten wyżarty przez czas dżentelmen, trzymał ją w sierpowatych objęciach, nie bardzo wiedząc co ma z nią począć. Ona sama, jak obce ciało kłuła źrenicę nocy, nie dając ziemi blasku. Śpiące miasto nie miało pojęcia o niezwykłym nocnym przypadku, zaistniałym po fatalnym dniu. Sama księżna nie od razu zrozumiała w czym rzecz. Jeszcze raz odgarnęła opadające na twarz włosy, kaptur zsunęła na ramiona, a szal związała byle jak i pozostawiła w nieładzie. Westchnęła do świętych tego miasta, nim ruszyła ostro, zachodząc za rozłożysty cień ratusza. A tam dopiero było widowisko. Barczysty, urodny młodzieniec, nie kryjąc niczego odzieżą, z rozkoszą moczył nogi w fontannie. Jego okazały tors i inne części sprężystego ciała, odpoczywały od dźwigania przypisanego im ciężaru kuli ziemskiej. Cisnął więc swoją kulistą niedolę z niezwykłą dynamiką w nieboskłon i cieszył się nocą z nienasyconą nieskromnością. Wianek dziewcząt rozkochanych w Jacku, pląsał dookoła fontanny, radośnie przyjmując każdą kroplę wody, jaka je zaszczyciła, niczym z diamentów darowanych przez kochanka. A to ci dopiero! Wychrypiała, trzęsąc włosami z wyrzutem, goryczą i nie bez zazdrości, najjaśniejsza właścicielka dóbr miejskich. Jej palce zaciskały się i rozwierały nerwowo. Usta wydymały grymasem, broda trzęsła, zniekształcając słowa. I posłała go wzburzona księżna z powrotem, gdzie historia dała mu miejsce. Księżyc zepchnął mu na plecy jego ciężar i patrzy tak z ratuszowej wieży na dziewczęta. Zawsze na nie patrzył, przecież to miasto jest bogate urodą kobiet. One przychodziły w to magiczne miejsce i przychodzą do dziś, podziwiać jego męskość i rozmarzone wracają do skromnej zwyczajności swoich nocy. Właśnie dlatego zdecydowano zrobić tu fontannę, by mogły w zachwycie patrzeć na wodę, siebie i jego, by łowić gwiazdy z kipieli. Są na to dowody, iż zdarzyło mu się kiedyś zapatrzeć w urodę jednej z nich i o mało nie spadł, gubiąc z hukiem, co mu powierzono. Nie zmieniło to jego losu. Zazdrośni włodarze miasta, wspierani prężnym duchem Aleksandry, zrobili wszystko, by pozostał na wysokości ratuszowego dachu i losy miasta na własne barki wziął. Stoi tak i dźwiga, dźwiga i stoi, a wiatr go łaskocze, gdzie nie powinien.

A dziewczyny, jak to dziewczyny, przecież dla nich ta fontanna...